Czym jest dla mnie synchronizacja cyklu?
Dla mnie to przede wszystkim czułość wobec siebie. Współczucie, codzienna praktyka uważności, sposób na to, by zaufać własnemu ciału. Synchronizacja cyklu sprawiła, że przestałam być niewolnikiem swoich planów. Uczę się odpuszczać perfekcjonizm, pozwalać, by życie mnie prowadziło. Widzieć siebie jako część świata, a nie jego centrum. Żyć w rytmie hormonów i zmieniających się pór roku.
Jak to się zaczęło?
Moja przygoda z synchronizacją cyklu zaczęła się wtedy, gdy po dwóch latach zmagań z zaburzeniami odżywiania odzyskałam miesiączkę. Właściwie dzielę swoje życie na dwa etapy: czas, w którym żyłam w sprzeczności z własną kobiecą naturą, trwając w oderwaniu od siebie — i drugi, w którym świadomie praktykuję cycle syncing.
Nie potrafię wyobrazić sobie, w jakim oderwaniu od siebie wcześniej żyłam. Zupełnie nie słuchałam swoich potrzeb, sygnałów zmęczenia, wołania o chwilę wytchnienia. .
Synchronizację cyklu zaczęłam od obserwacji. Każdego dnia zapisywałam fazę cyklu, nastrój, poziom energii. Na początku zapisywałam codziennie w jakiej fazie cyklu jestem, jak się czuję, jakie zmiany, potrzeby zauważam. Z czasem wyrobiłam nawyk samoobserwacji, a notatki przestały mi być potrzebne.
Na początek wybrałam najprostsze dla mnie narzędzie, czyli zeszyt. Nie wiedziałam wtedy jeszcze zbyt wiele o tym, jak wspierać cykl dietą czy suplementami. Przeczytałam tylko jedną książkę — „Flo” Alissy Vitti — i trzymałam się do zamieszczonych w niej porad.
Synchronizacja cyklu: moje błędy
Popełniłam ich wiele. W tamtym okresie zmagałam się z niskim progesteronem, nieregularnymi cyklami, PMS. Wierzyłam, że synchronizacja cyklu zadziała jak magiczna różdżka, a wszystkie moje problemy nagle znikną. Usiłowałam zastosować się do wszystkich porad żywieniowych, nie biorąc pod uwagę swojego dość wrażliwego przewodu pokarmowego.
A poza tym traktowałam cykl jako coś niemalże świętego, czemu muszę poświęcać mnóstwo uwagi, analizować go, dopasowywać do niego każdą aktywność, tłumaczyć nim każde swoje zachowanie.
Dopiero z perspektywy czasu widzę, że potrzebowałam najpierw wyrównać poziom progesteronu, zadbać o wsparcie mikrobiomu i zająć się emocjami. Wahania nastrojów, których przyczyn upatrywałam w zmienności hormonalnej, miało swoje źródło w nieuleczonych ranach z przeszłości. Na szczęście zajęłam się nimi na terapii i widzę ogromną poprawę.
Więcej o błędach podczas cycle syncing, pisałam tutaj: Cycle syncing – życie w zgodzie z cyklem dla zabieganych kobiet
Synchronizacja cyklu a relacje
Od początku związku otwarcie mówiłam partnerowi, w jakiej fazie cyklu jestem. Edukowałam go o działaniu hormonów i cyklicznej naturze kobiet. Na szczęście szybko się uczy — teraz wspólnie dostosowujemy terminy wyjazdów i wyjść pod mój cykl.
To pomaga nam obojgu: on wie, skąd bierze się moja drażliwość lub zmęczenie, a ja czuję się rozumiana.
Podobnie w relacjach z innymi kobietami — dzielę się tym, jak wygląda moja synchronizacja cyklu, i widzę, jak otwiera to przestrzeń na rozmowę o zmienności.
W relacjach z innymi kobietami też dzielę się tym, jak wygląda moja synchronizacja cyklu. Wiem, że dzięki temu poszerzam na tyle, na ile mogę świadomość cykliczności, a do tego mam nadzieję, inspiruję do poznawania siebie.
Jak wygląda moja synchronizacja cyklu na co dzień?
Dieta
Nie stosuję specjalnej diety na każdą fazę cyklu. Lubię rutynę. Każdego dnia jem na śniadanie owsiankę lub jaglankę, na drugie śniadanie wybieram jogurt lub mleko roślinne z kwasami Omega. Czasami pozwalam sobie na zdrową słodkość, np. chlebek bananowy albo muf finy bezglutenowe. Obiady to u mnie najczęściej mięso lub ryba z warzywami i brązowym ryżem albo komosą.
Jedynym elementem synchronizacji cyklu w mojej diecie jest cykl nasion.
– w pierwszej połowie cyklu jem codziennie po łyżce siemienia lnianego i pestek dyni
– w drugiej połowie cyklu zamieniam je na nasiona słonecznika i sezam
W fazie lutealnej jem więcej kalorii, bo rzeczywiście czuję większy głód. Mam większą ochotę na węglowodany, włączam je więc do każdego posiłku. Pozwalam też sobie na gorzką czekoladę. Podczas miesiączki na obiady i kolacje wybieram ciepłe zupy, szczególnie rosół albo krupnik jaglany.
Ćwiczenia
W kwestii treningów też preferuję rutynę. Staram się zrobić dwa treningi pilates w tygodniu, a oprócz tego przejść się chociaż raz w tygodniu na spacer i zaszaleć podczas dance cardio.
Podczas drugiej połowy cyklu ruszam się mniej, wybieram łagodniejsze formy pilates, rezygnuję przeważnie z intensywnego cardio, wybieram się też na krótsze spacery.
Synchronizacja cyklu w planowaniu miesiąca
Nowy cykl zaczynam od podsumowania poprzedniego, z podziałem na poszczególne fazy. Przeglądam swój planer i pamiętnik, który piszę od piętnastu lat. Notuję jakie myśli się powtarzały, jakie pragnienia do mnie wracały, wychwytuję powracające swoje potrzeby, tęsknoty. W okolicach piątego dnia cyklu robię plan na kolejny miesiąc – rozplanowuję go pod kątem poziomu energii.
Przykład z życia
Rozpoczęcie cyklicznego życia zbiegło się u mnie ze skończeniem studiów. Nie byłam pewna, jaką ścieżką chcę podążyć dalej. Walka ze zdrowiem przez ostatni rok, wizyty u terapeutki, spotkania z psychodietetykiem, a do tego nauka do egzaminów wykończyły mnie. Potrzebowałam przerwy od medycyny. I odnalezienia odpowiedzi na pytanie, co dalej.
Zapiyswałam więc jakie pomysły na pracę do mnie przychodziły (najczęściej działo się to w owulację). W fazie lutealnej poddawałam je krytycznej analizie. W fazie folikularnej testowałam je w praktyce.
Ale oprócz dużych tematów, zwracam też uwagę na te mniejsze, np. potrzebę umówienia się na USG tarczycy czy uzupełnienia garderoby na sezon jesienienno-zimowy.
Synchronizacja cyklu w praktyce
Faza folikularna
Dużo wtedy próbuję, eksperymentuję. Pozwalam sobie na nowe zestawienia ubrań, zafascynowanie się nowinką technologiczną, zagłębianie nieznanych tematów.
Pozwalam sobie wtedy na inspirowanie się, robienie czegoś dla zabawy, bez oczekiwania konkretnych efektów.
Pierwszą połowę cyklu przeznaczam na bardziej wymagające zadania, np. naukę czegoś nowego, zaplanowanie struktury strony internetowej, napisanie artykułu z rozbudowaną bibliografią.
Wtedy też pozwalam, by niosły mnie marzenia, a w głowie eksplodowały pomysły. To nic, że połowy z nich nie wykorzystam. Faza folikularna to dla mnie moment burzy mózgów, a nie układania przemyślanych strategii.
Owulacja
Wykorzystuję ten moment cyklu na podtrzymywanie kontaktów towarzyskich.
Staram się umawiać spotkania z przyjaciółkami jak najbliżej owulacji, wtedy też planuję wyjścia z partnerem.
To też dobry moment na podtrzymywanie więzi z własna seksualnością, zmysłowością (np. zimą świetnie tutaj sprawdzają się gorące kąpiele). A latem przebywanie nad wodą, morzem, jeziorem. Poza tym świetnie sprawdza się tu kreatywność. W końcu seksualność to potężna życiowa siła. Można ją podtrzymywać nie tylko w relacjach, ale też w prowadzeniu twórczego życia, kreowaniu zamiast konsumowaniu.
Zauważyłam, że zwracam większą uwagę na wygląd właśnie w czasie owulacji. Chcę wtedy ładnie wyglądać dla samej siebie, nawet jeśli spędzam cały dzień w domu.
Odzyskałam miesiączkę po sporej przerwie i na początku przerażała mnie ta nieznana siła we mnie. A w miarę pracy z cyklem nauczyłam się płynąć na jej falach. Seksualność to część każdego człowieka, siła, która pozwala prowadzić twórcze życie.
Kontynuuję pracę, projekty rozpoczęte w fazie folikularnej. Działam na maksymalnych obrotach. Staram się jak najlepiej wykorzystać przypływ energii.
Faza lutealna
Na fazę lutealną planuję drobną przyjemność, czas sam na sam ze sobą, np. wyjście do kina w pojedynkę czy sesję pisania kreatywnego.
Zwykle kończę wtedy to co zaczęłam, nie forsuję się do nowych aktywności, w miarę możliwości nie przeprowadzam wymagających rozmów.
Wtedy też odpuszczam, zwalniam i powściągam swoje perfekcjonistyczne zapędy. Uczę się też słuchania serca, intuicji, dostrzegania pragnień i nabierania dystansu do emocji i myśli.
Pracuję też wtedy z wewnętrznym krytykiem. Bardzo lubi odzywać się w tej fazie. Najczęściej mówi mi, że wszystko co robię jest bez sensu, że niepotrzebnie się staram, że najlepiej nic nie zmieniać. Ale na szczęście rozpoznaję jego głos i już mu nie wierzę.
Podczas hormonalnej jesieni mam też lepszy wgląd w siebie. Przyglądam się poszczególnym obszarom życia: związkowi, relacjom z bliskimi, zdrowiu, pracy…
Zauważyłam też, że w tym czasie mocniej przeżywam sesje terapeutyczne, są one dla mnie bardziej transformujące. Wracają do mnie wtedy przykurzone wspomnienia, docieram do źródeł swoich przekonań.
Miesiączka
Staram się tak zorganizować codzienność, aby przeznaczyć tę fazę na odpoczynek. Organizuję obowiązki tak, aby w okres nie robić zakupów, nie gotować i nie sprzątać. Prasowanie to dla mnie czynność prawie medytacyjna, więc akurat z niego nie rezygnuję. Ale wciąż uczę się, jak odpoczywać bez wyrzutów sumienia.
Czas miesiączki to dla mnie też moment oczyszczenia, rozstania z niesłużącymi mi przekonaniami, wzorcami, relacjami.
Jeśli mam zrezygnować z czegoś, co mi szkodzi, robię to właśnie wtedy. Na przykład w 2 dniu cyklu podjęłam decyzję o zmianie specjalizacji lekarskiej. Na początku cyklu przeprowadziłam się też. A także postanowiłam, że nie chcę dłużej zagłębiać tematu cyklu menstruacyjnego, bo wolę skupić się na tematach związanych z psychiką kobiet.
W czasie miesiączki zyskuję też jasność, co mam dalej robić, w jakim kierunku iść. Pod koniec fazy lutealnej czuję się kompletnie zagubiona, jak dziecko we mgle. Wydaje mi się wtedy, że świat się zaraz skończy. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie energii. Najchętniej cały dzień bym leżała i oglądała filmy. Ale jak tylko nadejdzie okres, znowu widzę kawałek drogi przed sobą, jaki mam przejść w kolejnym cyklu.
Na zakończenie
Synchronizacja cyklu stała się dla mnie czymś więcej niż zbiorem wskazówek — stała się sposobem życia. Dzięki niej zwolniłam, zaczęłam ufać sobie i swojemu ciału, a także rozwijać się na wielu płaszczyznach w swoim tempie. To proces, który przywrócił mi poczucie sensu i dał więcej lekkości oraz radości na co dzień.
Jeśli ten artykuł cię poruszył, mam nadzieję, że stanie się początkiem Twojej własnej podróży. Podróży do odnalezienia rytmu, który już w sobie masz — tylko czeka, aż dasz mu przestrzeń, by wybrzmiał.



