Wewnętrzna równowaga przez lata wydawała mi się celem, który trzeba osiągnąć. Ten rok pokazał mi jednak coś innego. Zamiast harmonii było zanurzanie się w chaosie, zamiast gotowych odpowiedzi – zadawanie pytań, zamiast planu – improwizacja. To tekst o zdrowieniu, odnajdywaniu siebie i uczeniu się oddawania kontroli.
Czym jest wewnętrzna równowaga – i dlaczego tak łatwo ją idealizujemy
Mam wrażenie, że w tym roku zamykam kilkuletni projekt pod roboczą nazwą równowaga.
Zapamiętam ten rok pewnie do końca życia. Bynajmniej nie dlatego, że wewnętrzna równowaga towarzyszy mi każdego dnia. Ale dlatego, że przestałam w nią wierzyć jako w stan docelowy. Nie zamierzam teraz dzielić się wskazówkami, jak wrócić do zdrowia, ogarnąć hormony w pięciu krokach czy polubić gotowanie.
Teoretycznie mogłabym to robić.
Przez ponad dwa lata czytałam o równowadze hormonalnej, cyklu, progesteronie, PMS i zdrowiu jelit. Testowałam suplementy — raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Nauczyłam się odżywiać bez jadłospisów, ruszać się tak, by odzyskiwać energię, a nie ją tracić. Jadłam więcej warzyw, chodziłam na pilates, długie spacery, przygotowywałam na obiad wątróbkę i kotlety wołowe Teoretycznie robiłam wszystko „dobrze”.
A jednak wewnętrzna równowaga nie przychodziła — bo zdrowienie nie poddaje się checklistom. Potrzebowałam posprzątać bałagan, który narobił się przez lata zaburzeń odżywiania. I nie miałam pojęcia, że to zajmie mi aż tyle czasu.
Chaos jako część procesu odzyskiwania wewnętrznej równowagi
Ostatnie lata przypominały usilne próby utrzymania się na wodzie.
Machasz rękami, ale prąd i tak ściąga Cię w dół. Wydaje Ci się, że zaraz utoniesz — a jednak głowa wciąż pozostaje nad powierzchnią. To cud. Naprawdę.
Z perspektywy czasu widzę, że wewnętrzna równowaga nie polegała na tym, by przestać tonąć — ale by nauczyć się oddychać nawet wtedy, gdy mam wrażenie, że za chwilę utonę.
Dążenie do wewnętrznej równowagi bardzo mnie rozwinęło, choć trudno być sędzią we własnej sprawie. Ale moje spostrzeżenia potwierdzają też opinie innych, więc coś w tym musi być.
Największe osiągnięcie?
Już nie wierzę w wewnętrzną równowagę rozumianą jako życie bezproblemowe, lekkie i zawsze spójne.
Dawniej marzyłam o miejscu idealnym. Takim, w którym mogę robić to, co lubię, dostawać za to pieniądze i nie zmagać się z chaosem. Niewykluczone, że odnajdę kiedyś taką przestrzeń. Ale póki co wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły mi, żebym dołączyła do tego nurtu życia. Nie płynęła w przeciwną stronę, nie udawała, że nie potrafię pływać. Tylko płynęła.
Może dlatego wróciła do mnie myśl o powrocie do starej pasji, czyli pływania.
O lodowatej wodzie, zmęczonych ramionach, zapachu chloru i chwili po wyjściu z basenu, gdy w końcu jesteś sucha. Dawniej spędzałam kilka godzin tygodniowo w wodzie. Być może właśnie tam uczyłam się determinacji. I przetrwania.
Oddawanie kontroli jako początek wewnętrznej równowagi
Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że skoro wydarzyło mi się już tyle trudnych rzeczy — zaniedbanie emocjonalne, strata dziadków, trauma, zaburzenia odżywiania, przepracowanie — to życie w końcu da mi spokój. Wynagrodzi cierpienie.
Bałam się życia.
Wierzyłam, że gdy „wyzdrowieję”, wszystko się ułoży. Że odnajdę sens, misję, jasność. I tą upragnioną wewnętrzną równowagę.
Tymczasem życie okazało się… życiem.
Chaosem. Nieprzewidywalnością. Ciągiem zdarzeń, które nie zawsze układają się w spójną fabułę. Niezaplanowanymi zwrotami akcji. Zbiegami okoliczności. .
Oddałam więc rolę autora Bogu, a sama zostałam jedną z bohaterek tej opowieści. I to — paradoksalnie — pozwoliło mi w ogóle zacząć porządkować chaos.
Odżyły we mnie pragnienia zmian, wyprowadzki, pracy dającej satysfakcję, twórczości. Realizacja takich dużych życiowych celów nie zawsze pozwala na zachowanie wewnętrznej równowagi.
Wewnętrzna równowaga a dorastanie do kobiecości
Po studiach zauważyłam, jak mało mam ubrań. Jak bardzo zaniedbałam wygląd.
Musiałam na nowo uczyć się malować, dobierać stroje, lakierować paznokcie. Zrozumiałam też, że wyglądam… dziecinnie. Dopiero w tym roku odważyłam się nosić dekolty.
Jakby dopiero teraz pozwoliłam sobie być kobietą — a nie dziewczynką, która musi się ukrywać. W małym ciele i małych marzeniach.
To nie wydarzyło się samo. Pomogła mi terapeutka i mój partner.
Ona schodziła ze mną w głąb traum. On zostawał na powierzchni i mówił wprost rzeczy, które mnie złościły — ale były prawdziwe. Dzięki nim zobaczyłam różnicę między prowokacją a zmysłowością. Między kobiecością a wstydem.
Wcześniej chyba samo określenie kobieta napawało mnie przerażeniem. Nie przyjmowałam też tego określenia jako części mojej tożsamości.
Wewnętrzna równowaga a zdrowienie ciała i psychiki
Przez prawie dwa lata usiłowałam też wrócić do równowagi hormonalnej. Najpierw walczyłam ze swoim ciałem. Czytałam kolejne książki obiecujące szybkie efekty. W każdej książce, która wpadała mi w ręce czytałam, że najlepiej zrezygnować z nabiału, glutenu, cukru, jeść jak najwięcej warzyw, w dodatku surowych, przeprowadzać diety eliminacyjne. Nic dziwnego, że mój lęk przed jedzeniem narastał zamiast maleć. A do tego takie jedzenie w ogóle mi nie służyło. Moje jelita się z nim nie polubiły.
Dopiero po ponad roku zorientowałam się, że skoro mój układ nerwowy jest bardzo wrażliwy, to może i jelita też? Skoro i one mają bogate unerwienie? Zaczęłam wracać od preferencji żywieniowych kilkuletniej Asi. Głównie odżywiałam się zupami krem, twarożkami, gotowanymi owsiankami i chudym mięsem. Od razu poczułam różnicę. A potem poszłam po pomoc do dietetyczki. Pozwoliłam, aby znowu ktoś mnie poprowadził. I wtedy w głowie zrobiło się miejsce. Na pomysły. Na pisanie.
Zrozumiałam, że wewnętrzna równowaga mojego ciała nie wróci dzięki kolejnym restrykcjom, ale dzięki łagodności — także wobec mojego wrażliwego układu nerwowego.
Kiedy „misja życiowa” oddala od wewnętrznej równowagi
Tuż po pokonaniu zaburzeń odżywiania, jak bumerang wracały do mnie pytania, jak jest moja misja życiowa. Teraz potrafię okazać sobie współczucie, wiem, że to pragnienie sensu leży w mojej naturze. A wtedy jeszcze nasiliło się. Bo to tak samo, jak po wyjściu z więzienia. Trzeba odnaleźć sobie nową strukturę, w którą można się wpasować. Nowy kształt. I do tego jeszcze coś zrobić z tym bagażem przeszłości.
Wydawało mi się naturalnym kierunkiem, że powinnam pomagać innym kobietom w powrocie do zdrowia, zwłaszcza tego hormonalnego, skoro sama zmagałam się z tak wieloma problemami. Mniej lub bardziej udane próby powrotu do zdrowia zaprowadziły mnie też na kurs Women’s Health Coach. Dopiero w trakcie kursu dotarło do mnie, że moje problemy nie zaczynały się od hormonów, lecz od psychiki.
Więcej o tym, co mi dał coaching zdrowia przeczytasz w tym artykule: Coaching zdrowia: opowieść o zmianie, która zaczyna się od środka
Zdecydowałam się na medycynę rodzinną jako „bezpieczną bazę” i rozwijanie biznesu obok. Rzeczywistość szybko to zweryfikowała. Tempo, chaos, brak granic — wszystko to było zbyt dużo dla mojego układu nerwowego.
Podobnie było z własną działalnością.
Świat online okazał się ekspozycją, a nie kryjówką. Wolę szczerość niż przekonywanie. Pisanie niż marketing. Słowa, które trafiają w serce — nie checklisty.
Z czasem dotarło do mnie, że wewnętrzna równowaga nie polega na realizowaniu cudzych oczekiwań wobec mojej „misji”, ale na uczciwości wobec siebie.
Odnajdywanie swojego głosu i wracanie do wewnętrznej równowagi
Poczucie sensu zaczęło do mnie wracać dopiero wtedy, gdy przestałam słuchać wszystkich wokół. Dla mnie – osoby wrażliwej na cudze opinie, sugestie i „dobre rady” – była to jedna z najtrudniejszych lekcji w życiu. Przez lata uczyłam się dopasowywać, rozumieć, spełniać oczekiwania. Tym razem zrobiłam coś zupełnie odwrotnego.
Postąpiłam inaczej, niż sugerowała mi mentorka na kursie coachingowym. Odrzuciłam kilka obiektywnie dobrych propozycji pracy. Pozwoliłam sobie zawieść wyobrażenia innych na temat tego, kim „powinnam” być i jak powinna wyglądać moja droga. Zamiast tego zaczęłam kierować się tym, co było dobre dla mnie – nie na papierze, nie w cudzych planach, ale w moim ciele i sercu.
To właśnie serce okazało się dla mnie drogowskazem. Ono prowadzi mnie do tego, co nazywam wewnętrzną równowagą – nie jako stanem ciągłego spokoju czy braku trudności, ale jako miejscem głębokiej zgodności ze sobą. Przestrzenią powołania, w której nie zawsze jest lekko, nie wszystko się udaje i nie każda decyzja daje natychmiastowe poczucie ulgi. Ale to właśnie tam pojawia się sens, rozwój i gotowość do tego, by swoją drogą wzbogacać także życie innych.
Pisanie jako jako mój sposób na wewnętrzną równowagę
Znowu stworzyłam stronę internetową. Była mi potrzebna. Poprzednią stronę zlikwidowałam tuż przed zaburzeniami odżywiania. Tęskniłam za nią, czułam się jakbym straciła z nią część siebie, swojej tożsamości. Były na niej tylko teksty, lecz dotarło do mnie, że to one miały dla mnie największe znaczenie.
Dlatego w zasadzie nie żałuję włożonego wysiłku w projektowanie ani pieniędzy. Może okaże się dla mnie motywacją do dzielenia się swoimi tekstami, poprawiania ich, ulepszania. Za to zdjęłam z siebie presję realizowania nie swojej misji. Już nie uważam, że koniecznie muszę pomagać kobietom w sposób, jaki sobie założyłam. To bardzo uwalniające.
Współpracowałam też z redaktorką przy nadawaniu nowego kształtu książce dla dzieci. Okazała się znacznie cenniejszym doświadczeniem niż kursy pisarskie, w których uczestniczyłam. A do tego zaczęłam nową powieść. Wróciłam do pisania — tego prawdziwego, intuicyjnego, uzdrawiającego.
I tak okazało się, że naprawdę czuję wewnętrzną równowagę, kiedy stukam w klawiaturę. Bez strategii. Za to z otwartą głową i sercem.
Moja definicja wewnętrznej równowagi na koniec tego roku
Dziwię się naprawdę sobie, że tak długo ignorowałam to, co miałam pod nosem. I pisanie, i zamiłowanie do tematów zdrowia psychicznego. Tak jakby wydawało mi się, że po wyzdrowieniu muszę robić niesamowite rzeczy. Przekroczyć siebie. Być kimś lepszym. Wypełniać jakąś misję. Tymczasem to, czego chciałam, wcale nie okazało się tym czego pragnęłam.
Wciąż nie znalazłam przepisu na wewnętrzną równowagę.
Ale wiem, że jednym z jej składników jest pisanie. Długie spacery. Prostota. Uważność. I wdzięczność — nawet za dni pełne chaosu.
Bo może równowaga nie jest miejscem, do którego się dociera.
Może jest umiejętnością bycia w drodze.



